Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 sierpnia 2013

Suchy szampon - jak się sprawdza?

Witajcie :)

Dzisiaj chciałam Wam napisać co nieco na temat suchego szamponu Rossmannowskiej firmy Isana.

O suchych szamponach zrobiło się dosyć głośno już jakiś czas temu. Słyszałam zarówno wiele dobrych jak i złych opinii na ich temat. Długo się zastanawiałam czy taki wynalazek jest mi w ogóle potrzebny i czy zda u mnie egzamin. Przede wszystkim do zakupu zniechęcała mnie informacja, że suchy szampon niezbyt dobrze radzi sobie z ciemnymi włosami - kilka razy słyszałam/czytałam, że zostawia jasny nalot. Któregoś dnia będąc w Rossmannie trafiłam na promocję, która ściągnęła moją uwagę - przeceniony był suchy szampon firmy Schwarzkopf. Jednak produkt z Isany był jeszcze tańszy więc ostatecznie to on trafił do koszyka.



Od producenta:

Działanie i pielęgnacja: suchy szampon Isana Hair to idealne rozwiązanie pozwalające umyć włosy bez użycia wody pomiędzy zwykłymi zabiegami mycia głowy. W ciągu kilku sekund włosy zostaną odświeżone i staną się znów puszyste. Fryzura nie ulegnie zmianie, a włosy nabiorą zadbanego wyglądu. 

Sposób użycia: 1. Starannie wyszczotkować włosy. 2. Wstrząsnąć pojemnikiem i z odległości ok. 20 cm równomiernie rozpylić suchy szampon na każde pasemko włosów. 3. Pozostawić krótko do wyschnięcia. 4. Wytrzeć włosy ręcznikiem i dokładnie wyszczotkować (ewentualnie resztki pudru zdmuchnąć suszarką).

Moja opinia:

Wynalazek naprawdę bardzo przydatny! Moje włosy na drugi dzień po umyciu nie wyglądają już zbyt świeżo, a nie zawsze mam czas i chęć na to żeby je myć, suszyć, układać itd. Suchy szampon rewelacyjnie się sprawdza, gdy chcemy przywrócić włosom świeży wygląd bez tradycyjnego mycia głowy. Zajmuje to zdecydowanie mniej czasu i wydaje mi się, że jest mniej pracochłonne. Jeśli chodzi o mnie, nie bawię się w spryskiwanie każdego pasma osobno, nie rozdzielam ich specjalnie. Najpierw rozczesuję włosy, a następnie spryskuję głowę z odległości wyciągniętej ręki, unosząc kilka pasemek. Odczekuję dosłownie moment i znowu mocno szczotkuję włosy (bez wycierania ręcznikiem). Ważne jest żeby spryskiwać włosy z dość dużej odległości - jeśli zrobimy to zbyt blisko faktycznie powstanie nam biały nalot, którego później dość trudno się pozbyć. Ja po takim zabiegu, mimo iż włosy wyglądają na umyte, zawsze upinam je w kok lub coś w tym rodzaju - nie czułabym się komfortowo w rozpuszczonych włosach. Myślę jednak, że spokojnie można ten etap pominąć :) Włosy po użyciu suchego szamponu bardzo ładnie pachną, choć wyczuwalna jest lekka nutka charakterystyczna dla zapachu lakieru do włosów, która jest nieco drażniąca. Po użyciu suchego szamponu nie ma żadnego problemu z tradycyjnym umyciem głowy.

Podsumowując:

Jestem bardzo zadowolona z zakupu. Szampon kosztował ok 11 zł - myślę, że nie jest to wygórowana cena. Bardzo dobrze się sprawdza na moich włosach i nie raz już ułatwił mi życie. Jeśli myślałyście o kupieniu suchego szamponu, ale nadal się wahacie, to zdecydowanie mogę Wam ten produkt polecić. Nie mam niestety porównania z innymi markami, więc nie wypowiem się czy szampon z Isany jest lepszy/gorszy/porównywalny do szamponów innych producentów.


A Wy używacie lub używałyście już suchego szamponu? 
Polecacie jakiś szczególnie? 


poniedziałek, 27 maja 2013

Najlepszy puder matujący!

Recenzja kosmetyku idealnego :)

Witajcie! :)

Być może przy okazji Tagu Moja Metamorfoza zwróciliście uwagę, że mój puder był na totalnym wykończeniu. Doszłam w tamtym okresie do wniosku, że muszę sobie sprawić jakiś dobry puder matujący, ponieważ mam problem ze świeceniem się skóry w trefie T. 

Zrobiłam oczywiście najpierw małe rozeznanie w sieci i ... szybko znalazłam bardzo pochlebne opinie na temat pewnego kosmetyku...

Jesteście ciekawe co to takiego? 

No dobrze, już dłużej nie będę Was trzymać w niepewności! ;)


Idealnym pudrem matującym okazała się być 

... 

mąka ziemniaczana! 

Tak, to nie jest żart! Mąka (inaczej skrobia) ziemniaczana sprawuje się świetnie w roli tego kosmetyku :) Gdy po raz pierwszy przeczytałam o tym na jakimś forum (niestety nie pamiętam już gdzie dokładnie znalazłam informacje na ten temat, ale jestem pewna że po wpisaniu w wyszukiwarkę tego hasła znajdziecie na ten temat sporo informacji) nie bardzo chciałam w to uwierzyć. Od razu postanowiłam spróbować. Pobiegłam do kuchni, zanurzyłam pędzel do pudru w pojemniku z mąką ziemniaczaną i pac pac pac po twarzy ... To co przeczytałam było jednak prawdą! 

Mąka pięknie zmatowiła skórę, ukryła wszelkie świecenie, a na twarzy pojawiła się taka milutka warstwa  puszku. Twarz po użyciu tego "pudru" wcale nie jest biała, jak by to się mogło wydawać. Jednak muszę przyznać, że mąka daje bardzo delikatny efekt rozjaśnienia (moim zdaniem nadaje to twarzy świeżego wyglądu).

Co najważniejsze - efekt matujący jest naprawdę bardzo trwały! Nie potrafię Wam dokładnie powiedzieć ile godzin się utrzymuje, ale na pewno do tej pory nie udało mi się uzyskać takiego efektu przy użyciu żadnego innego pudru (aczkolwiek przyznaję, że używałam stosunkowo niewielu różnych pudrów). 

No i chyba równie ważną zaletą mąki w roli pudru matującego jest jej cena oraz dostępność! Chyba nie muszę Was o tym przekonywać :)

Jeżeli szukacie dobrego pudru matującego gorąco Was zachęcam do wypróbowania właśnie mąki ziemniaczanej :) Nic nie stracicie, a możecie jedynie zyskać. 

Od razu uprzedzam ewentualne pytania: używam mąki mniej więcej od 3 tygodni. Mam cerę dosyć wrażliwą, podatną na przesuszanie się oraz na uczulenia. Mąka nie wyrządziła mi żadnej szkody. Skóra jest w bardzo dobrym stanie, nie pojawiły mi się żadne wypryski, uczulenie, czy przesuszanie się. :)

A teraz kilka praktycznych porad, co do używania mąki jako pudru matującego :)

Ja w roli pojemnika użyłam starego opakowania po kremie do twarzy - przesypałam do niego po prostu trochę mąki. Jeśli macie pudełko po sypkim pudrze będzie pewnie jeszcze lepiej się sprawdzało. 




Do nakładania "pudru" używam dużego pędzla. 
Najpierw delikatnie zanurzam pędzel w pudełeczku:


Następnie strzepuję nadmiar mąki na zakrętkę:

trochę się na pewno rozsypie dookoła ;)


Na twarzy stawiam 4 kleksy - na czole, policzkach i brodzie
- a następnie rozprowadzam "puder" kolistymi ruchami.

Na początku może Wam wychodzić trochę za gruba warstwa
- musicie wtedy po prostu zetrzeć nadmiar dłońmi lub usunąć przy pomocy pędzla :)
Po pewnym czasie będziecie wiedziały ile dokładnie mąki nabrać na pędzel
żeby sprawnie nałożyć odpowiednią jej ilość.



Tak wygląda mąka w roli pudru na mojej twarzy:

pokazuję Wam zdjęcie przede wszystkim żeby udowodnić,
że twarz po użyciu mąki nie robi się biała :)


A więc jeszcze raz - polecam zdecydowanie :)

Plusy:
  • cena
  • dostępność
  • produkt naturalny
  • doskonały efekt matujący
  • łatwa i przyjemna w użyciu
  • nie podrażnia
  • nie wysusza
  • transparentna 
Minusy:
  • brak


Ciesze się, że znalazłam informację na ten temat i że mogę się nią z Wami podzielić :) Na pewno dla niektórych z Was nie jest to żadna nowość. Mam jednak nadzieję, że chociaż dla części z Was ten wpis okaże się przydatny :)


Dajcie znać, czy próbowałyście i jak wrażenia :)





sobota, 11 maja 2013

Zielono mi!

Zielone połyskujące pazurki

Drzewa, trawa, kwiaty - wszystko już pięknie zakwitło. Wokół mnóstwo zieleni więc i na paznokciach zagościła dziś u mnie :)

Wykonanie tego manicure jest dziecinnie proste - pod warunkiem, że dysponujemy lakierami z shimmerem, brokatem lub drobinkami :) 

Najpierw malujemy wszystkie pazurki wybranym lakierem bazowym (u mnie zielony). Następnie, zaczynając od skórek nakładamy trochę bezbarwnego lakieru z brokatem - kończymy mniej więcej w połowie paznokcia starając się by krawędź była nieregularna :) Kolejnym krokiem jest nałożenie bezbarwnego lakieru z dużymi, połyskującymi drobinkami - znów zaczynamy od skórek, ale nakładanie kończymy nieco wcześniej niż lakieru z brokatem. Wszystko pokrywamy warstwą top coat'u i gotowe! :) 





na żywo lakier ładnie połyskuje :)






tutaj z lampą


Lakiery, które użyłam: 

Golden Rose Paris nr 217 
  • krycie - dobre (na zdjęciach są 3 warstwy, bo odświeżałam manicure sprzed kilku dni, ale wcześniej miałam 2 i w zupełności wystarczyły)
  • nakładanie - dobre, lakier nie tworzy smug
  • konsystencja - ok, nie za gęsty, nie za rzadki
  • trwałość - ok, nosiłam ponad 3 dni - odprysnął na dwóch paznokciach (u mnie lakiery dłużej nie wytrzymują), nie ściera się
  • wykończenie - kremowe
  • czas wysychania - szybko
  • pojemność - 11 ml
  • pędzelek - wąski
  • dostępność - wysepki Golden Rose
  • cena - ten dostałam w prezencie od Świństewka Justynki, ale koszt to ok. 5 zł
  • moja ocena - polecam :)


Golden Rose Paris nr 98 opisywany tutaj 



Golden Rose Jolly Jewels nr 101 
  • krycie - dobre, wystarczy 1 warstwa
  • nakładanie - wygodne, drobinki rozkładają się dość równomiernie
  • konsystencja - duże drobinki, gęsty
  • trwałość - dobra
  • czas wysychania - szybko
  • pojemność - 10,8 ml
  • dostępność - wysepki Golden Rose
  • cena - ok 13 zł
  • zmywanie - bardzo problematyczne jak w przypadku pozostałych lakierów z tej serii
  • moja ocena - polecam :)




Golden Rose Top Coat Quick Dry opisywany tutaj 




Co sądzicie o takich pazurkach? :)





wtorek, 7 maja 2013

Dobrana para :)

Słów kilka na temat Regenerującego mleczka do ciała oraz Regenerującego kremu do rąk firmy BeBeauty 

Na początek jednak wyjaśnienie odnośnie formy zdjęć. Zauważyłam, że na wielu blogach pojawiają się zdjęcia recenzowanych produktów robione w plenerze. Widziałam nawet zdjęcia wśród stokrotek :) Ponieważ nie chcę zostać posądzona o plagiat tłumaczę - zdjęcia robione na dworze, w naturalnym świetle wychodzą o wiele lepiej niż te robione w pomieszczeniach; w moim ogrodzie rośnie w tej chwili mnóstwo ślicznych stokrotek, które aż proszą się o fotki - pomysł pojawił się spontanicznie, stąd taka forma zdjęć :) A teraz do rzeczy:

Chciałam Wam dzisiaj pokazać moich dwóch ulubieńców z Biedronki, z firmy BeBeauty. 

Na pierwszy ogień pójdzie Regenerujące mleczko do ciała z syropem klonowym oraz olejem palmowym.
Od producenta:
Produkt hipoalergiczny; skutecznie odżywia i regeneruje; skóra bardzo sucha. Zawarty w preparacie syrop klonowy intensywnie nawilża i odżywia, eliminuje uczucie szorstkości i dyskomfortu bardzo suchej skóry. Mleczko szybko się wchłania pozostawiając przyjemne uczucie ukojenia, trwale chroni przed wysuszeniem. po użyciu preparatu skóra jest zregenerowana, odzyskuje miękkość i elastyczność.    

Opakowanie jest bardzo podobne do balsamu z Garniera. Ten produkt jest jednak o wiele tańszy i kosztuje ok. 8 zł. Mleczko jest dosyć gęste, ale bardzo dobrze rozprowadza się po skórze i nie tworzy białych smug. Szybko się wchłania i od razu daje uczucie nawilżenia skóry. Skóra po dłuższym stosowaniu nie jest przesuszona czy napięta; produkt nie uczulił mnie i u mnie bardzo dobrze się sprawdza. Mleczko jest wydajne - wystarczy niewielka ilość kosmetyku, by posmarować całe ciało. Osobiście najbardziej urzeka mnie jego zapach - określiłabym go jako lekko słodki, ale nie duszący - który przez dłuższą chwilę utrzymuje się na skórze. Zdecydowanie mogę go polecić jako balsam nawilżający do codziennego stosowania, alternatywę dla droższego kosmetyku firmy Garnier.



Drugim kosmetykiem, który chciałabym Wam zaprezentować jest Regenerujący krem do rąk S.O.S Dry Skin z alantoiną i filtrem UV. 
Od producenta: 
Produkt hipoalergiczny; odżywia, chroni i regeneruje; skóra bardzo sucha i zniszczona. Eliminuje uczucie szorstkości i dyskomfortu, poprawia elastyczność oraz zapewnia uczucie miękkości. Alantoina chroni przed wysuszeniem i działaniem szkodliwych czynników zewnętrznych. Regularnie stosowany łagodzi i pomaga odbudować zniszczoną skórę dłoni. 

Krem ten pochodzi z tej samej serii, co opisywane wcześniej mleczko do ciała. Opakowanie utrzymane jest w podobnej szacie graficznej. O ile mleczko do ciała jest białe, krem do rąk jest lekko różowy. Krem nie jest ani zbyt rzadki, ani zbyt gęsty. Bardzo dobrze rozprowadza się po skórze dłoni, szybko się wchłania. Pozostawia na skórze delikatną warstwę, ale nie określiłabym tego jako tłusty film - moim zdaniem daje to przyjemne uczucie, długotrwałego nawilżenia dłoni. Podobnie jak jego kolega, ma śliczny zapach, który długo utrzymuje się na dłoniach. Jestem uzależniona od kremów do rąk i wcale nie łatwo mnie w tej materii zadowolić, ale ten krem naprawdę przypadł mi do gustu. Jak widać na zdjęciu zużyłam już jedno opakowanie, właśnie jestem w połowie drugiego i przy najbliższej okazji na pewno kupię następny. Cena to ok 3 zł. Zdecydowanie mogę go polecić :)

A Wy używacie kosmetyków z Biedronki? 
Macie jakichś ulubieńców? 


wtorek, 23 kwietnia 2013

Opalamy się

Recenzja brązującego relaksującego balsamu + kremu do twarzy Ziaja Sopot

niecodzienna pielęgnacja bursztynowa opalenizna


Wiosna wreszcie do nas przyszła! :) Słoneczko coraz częściej świeci, powoli odsłaniamy coraz więcej ciałka ... Niestety, po tej ekstremalnie długiej zimie ma ono prawo być nieco blade. Jeżeli lubicie opaleniznę, a nie jesteście hardcorowcami - według mnie nie jest jeszcze aż tak ciepło żeby swobodnie wyskoczyć w bikini na trawkę/leżaczek - to ten post jest zdecydowanie dla Was! :)

Na pewno dla żadnej z Was nie jest tajemnicą, że naturalne opalanie się na słońcu to nie jedyna możliwość uzyskania opalonego ciałka. Mamy m.in.: 
  • solarium - według mnie za droga i zbyt upierdliwa zabawa, w dodatku według różnych źródeł szkodliwa;
  • samoopalacze - dość trudne w użyciu, efekt odroczony, a intensywny i niemożliwy do natychmiastowego usunięcia;
  • balsamy brązujące - cudowny wynalazek, o którym słów kilka dzisiaj :)

Balsamu brązującego używam już od wielu lat i zawsze jest to ten sam produkt - balsam brązujący firmy Ziaja z serii Sopot. Jak sama nazwa wskazuje jest to balsam i używamy go w dokładnie taki sam sposób jak tego typu produktów - wsmarowujemy w skórę całego ciała. Efekt brązujący pojawia się według producenta po 3-4 godzinach. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że różnica jest subtelna i przy pierwszym użyciu prawie niezauważalna. Balsamu używamy codziennie, do momentu w którym uznamy, że ciało jest opalone na tyle, na ile byśmy chciały. U mnie z reguły już około 3 dnia pojawia się wyraźna opalenizna. Balsam stosuję codziennie przez około tydzień, po kąpieli. Później gdy zauważę, że skóra traci swój kolor znowu wracam na kilka dni do jego używania.

Przy używaniu tego produktu należy zwrócić uwagę na: 
  • w miarę możliwości równomierne nałożenie, ale przesadna precyzja nie jest wymagana (mnie się nigdy nie udało uzyskać smug, czy zacieków, ale jeżeli od razu po nałożeniu ktoś nas obleje wodą pewnie taki efekt uzyskamy); 
  • umycie dłoni zaraz po użyciu balsamu, bo na wewnętrznej stronie pojawi się pomarańczowy kolor, jak po użyciu samoopalacza; 
  • ewentualne odczekanie chwilę z ubieraniem się, bo balsam może barwić ubranie lub wycierać się w materiał i tworzyć smugi (mnie się to nigdy nie zdarzyło);
  • jeszcze jedna moja rada - po umyciu dłoni nałóżcie odrobinę balsamu na ich wierzch (pocierając wierzchem jednej dłoni o wierzch drugiej); jeśli tego nie zrobicie, powstanie Wam wyraźna granica opalenizny na nadgarstkach, a dłonie będą blade ;)
Co do efektu pielęgnacyjnego balsamu, zdecydowanie mogę potwierdzić, że po ok. tygodniu stosowania, skóra jest wyraźnie napięta i wygładzona bez efektu wysuszenia - bardzo miła w dotyku. 
Efekt brązujący jest według mnie bardzo zadowalający - opalenizna jest naturalna, a skóra nie robi się pomarańczowa. Uzyskujemy go szybko, tanio i bez większych poświęceń - poza regularnym stosowaniem. 

Jedynym minusem tego produktu jest jego zapach - zarówno samego balsamu jak i skóry po kilku dniach stosowania. Jest to jednak efekt działania brązującego i z tego, co mi wiadomo większość produktów tego typu sprawia, że skóra wydziela specyficzną woń :P Jednak nie jest to jakiś mega smród, więc bez obaw!

Oprócz balsamu brązującego, z serii Sopot dostępny jest brązujący krem do twarzy. Stosuje się go w taki sam sposób jak balsamu, z tą różnicą że nakładamy go na twarz ;) Jeśli chodzi o konsystencję i kolor (lekko kremowy) to na moje oko są identyczne. To samo dotyczy zapachu. Nie potrafię powiedzieć, czy te produkty się od siebie czymkolwiek różnią. Mam jednak nadzieję, że krem do twarzy jest jakoś przystosowany do używania go na delikatniejszej skórze, niż ta na pozostałych częściach naszego ciała. Jeśli okazałoby się jednak, że niczym się nie różnią - z powodzeniem możemy do twarzy używać balsamu bez potrzeby kupowania drugiego produktu. Ja w tej chwili posiadam oba, chociaż przyznaję się, że swego czasu smarowałam też twarz balsamem i nic się z nią złego nie stało.

W skrócie:
+ plusy
  • niska cena (ok 10 zł w przypadku obu produktów, za 300 ml balsamu i 50 ml kremu do twarzy)
  • wysoka dostępność (np. drogerie Rossmann)
  • naturalny efekt brązujący
  • efekt uelastycznienia i wygładzenia skóry
  • łatwe w użyciu
  • bezpieczne dla skóry
- minusy
  • zapach (produktu i skóry po użyciu)

Mam nadzieję, że ten wpis był dla Was choć trochę przydatny. Dajcie znać czy używacie balsamów brązujących, a jeśli tak to jakich konkretnie. Macie jakichś swoich ulubieńców? :) 



piątek, 19 kwietnia 2013

Niebo pełne gwiazd

Ponieważ przez kilka dni nie pisałam w ogóle, dzisiaj będą dwie notki :)

Trochę mnie poniosło z tytułem, ale takie właśnie skojarzenie przychodzi mi na myśl gdy patrzę na te pazurki ;) Jak widać mocno musiałam je skrócić - kilka mi się pozadzierało i należał im się już odpoczynek od długości. Wiem, że są trochę nierówne, ale jak odrosną to nad nimi popracuję.


Ten manicure zrobiłam można powiedzieć "na kolanie", bo nie mogłam się już doczekać żeby przetestować trzy nowo kupione lakiery z Golden Rose: czarny matowy lakier z serii Matte; czarny lakier z serii Rich Color i brokatowy lakier z serii Paris.

Najpierw na wszystkie paznokcie nałożyłam lakier matowy. Jestem nim zachwycona! Obawiałam się, że matowe wykończenie w praktyce nie przypadnie mi do gustu, jednak wygląda to świetnie na paznokciach! Lakier schnie błyskawicznie, jest umiarkowanie gęsty i dobrze się nakłada. Pierwsza warstwa może delikatnie smużyć, ale przy umiejętnym nakładaniu druga warstwa w ogóle nie będzie potrzebna, bo krycie jest naprawdę dobre. Pędzelek jest długi i cienki. Kwestia gustu - ja wolę troszkę grubsze pędzelki, ale tym operuje się bez większych problemów. Delikatnie ściera się na końcach, ale nie odpryskuje. Ma bardzo ładne opakowanie. Kosztował ok. 8 zł i zdecydowanie mogę go polecić :)

Następnie na kciuka oraz na serdeczny palec nałożyłam warstwę brokatowego lakieru z serii Paris. Jest to bezbarwny lakier z mnóstwem brokatowych drobinek mieniących się na wiele kolorów - jestem w stanie zidentyfikować: srebrny, złoty, zielony i niebieski, ale nie dam sobie ręki uciąć, że to wszystkie ;) Jest bardzo podobny do opisywanego tutaj lakieru ze złotymi drobinkami. Bardzo przyjemnie się nim maluje. Jedna warstwa w zupełności wystarczy, bo drobinek jest naprawdę bardzo dużo. Wysycha szybko i nie tworzy chropowatej powierzchni. W słońcu przepięknie się mieni! Kosztował ok. 5 zł - polecam :)

Na koniec, na środkowym palcu zrobiłam zdobienie używając taśmy klejącej i błyszczącego, czarnego lakieru. Taśmą klejącą wyznaczyłam kształt, który chciałam uzyskać, a następnie pomalowałam to miejsce czarnym lakierem. Odczekałam chwilę aż wyschnie i oderwałam powoli taśmę. Powstał trójkątny wzorek z błyszczącego lakieru na matowym tle. Nie jest to szczególnie odkrywcze i w sumie sama nie wiem, co myśleć o tym akurat wzorku. Wiem, że fajnie wygląda to połączenie matowego i błyszczącego lakieru i będę na pewno kombinować z innymi wzorkami :)
Czarny lakier to ten z serii Rich Color z szerokim pędzelkiem. Przetestowałam go na drugiej ręce ;) Lakier jest umiarkowanie gęsty, wygodnie się nakłada dzięki szerokiemu pędzelkowi, nie tworzy smug i dość szybko wysycha. Krycie jest bardzo dobre, ale dla optymalnego efektu myślę, że można nałożyć dwie warstwy. Nic złego na jego temat powiedzieć nie mogę ;) Kosztował ok. 7 zł.

A Wy testowałyście już jakiś matowy lakier? 
Jak wrażenia?

niedziela, 14 kwietnia 2013

Brązowo-złote pazurki ombre

... 

w świetle lampy błyskowej
Witajcie :)
Dzisiaj coś z czego jestem naprawdę dumna - wreszcie udało mi się zrobić delikatne cieniowanie na paznokciach :) Do tej pory używałam gąbki do mycia ciała (małego, wyciętego kawałka) do nakładania lakieru, którym chciałam zrobić cieniowanie, ale efekt był dość "toporny" - faktura gąbki sprawiała, że lakier tworzył niezbyt estetyczne, grube plamki. Wiem, że do tego typu ombre można użyć gąbeczki do podkładu, ale nigdy takiej nie używałam, więc nie posiadam w domu, a jakoś ciągle było mi nie po drodze żeby taką kupić (zresztą nową, czyściutką szkoda byłoby mi pociąć [wiem jestem nienormalna :P]). W końcu wpadłam na pomysł żeby użyć ... wacika kosmetycznego. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i efekt jest zadziwiająco dobry :) Co prawda wacik ma tendencję do rozłażenia się i zostawiania włosków na paznokciu, ale przy odrobinie ostrożności można tego uniknąć (należy używać jednego miejsca na waciku, na który nakładamy lakier, maksymalnie na 2/3 paznokciach). 

Do tego manicure użyłam brązowego lakieru z Miss Sporty (nr 410) jako koloru bazowego. Nałożyłam dwie warstwy. Lakier jest umiarkowanie gęsty, dobrze się nakłada i nie zostawia smug, szybko wysycha oraz jest stosunkowo trwały (mam go już 3 dzień i w ogóle nie odpryskuje, ani się nie ściera) i ma wygodny, szeroki, zaokrąglony pędzelek. 

Następnie, przy użyciu wacika kosmetycznego, wykonałam delikatne cieniowanie na wszystkich paznokciach. 


Sposób wykonania:
Biorę czysty wacik kosmetyczny i maluję na nim kropkę lakierem. Następnie przykładam wacik miejsce przy miejscu, zaczynając od samego końca paznokcia i stopniowo przesuwając w dół tak, by uzyskać efekt cieniowania.
Użyłam do tego lakieru z Golden Rose, Rich Color (nr 06). W tym lakierze przede wszystkim urzeka jego kolor - ciepły odcień brzoskwiniowo-łososiowy ze złotymi, połyskującymi brokatowymi drobinkami (tzw. shimmerem). Samodzielnie prezentuje się bardzo ładnie na paznokciach. Ten lakier pochodzi z serii z szerokim pędzelkiem (One Step Maxi Brush), który jest naprawdę wygodny w użyciu. Jest umiarkowanie gęsty i dobrze się go nakłada, nie tworzy smug i szybko schnie. Przy tym mani sprawdził się zaskakująco dobrze - bardzo dobrze widoczne są złote brokatowe drobinki, które dodały zdobieniu charakteru.

A tak wyglądają paznokcie (po 3 dniach noszenia), w świetle słonecznym :)


Takie zdobienie, według mnie najlepiej sprawdza się na ciemnym bazowym lakierze (czarny, ciemny brąz, granat, ciemny fiolet, itp.) z dodatkiem jaśniejszego lakieru z drobinkami. 

A Wam podoba się coś takiego? 

piątek, 12 kwietnia 2013

Brzoskwiniowo

Błyszczące pazurki + recenzja 

Witajcie :) 
Dzisiaj taki oto cukierkowy manicure
oraz recenzja, użytych do jego wykonania, kolejnych dwóch urodzinowych ;) lakierów - Golden Rose, Jolly Jewels (nr 101) i Wibo, Gel Like (Peaches and Cream od blogerki TheOleskaaa).

Wszystkie paznokcie pomalowałam dwiema warstwami lakieru Wibo z serii Gel Like. Kolor jest naprawdę bardzo ładny - taka właśnie rozbielona brzoskwinia i myślę, że jeszcze lepiej będzie się prezentował na opalonych dłoniach :) Co do samego lakieru, jest bardzo podobny do swojego kolegi opisywanego tutaj. Pisałam, że nie widzę za bardzo tego efektu żelowych paznokci, aczkolwiek po dłuższym przyglądaniu się temu lakierowi na paznokciach muszę przyznać, że jakaś subtelna różnica jest. Na pewno nie potrzebna jest warstwa top coat'u w roli nabłyszczacza, bo lakier sam z siebie jest mocno błyszczący. Lakier jest dosyć gęsty, niestety robią się smugi i dość długo schnie. Nie należy też niestety do super trwałych :( Jednak, ze względu na kolor i to, że mimo wszystko nie jest bardzo uciążliwy myślę, że można się na niego skusić ;)

Jako wykończenie tego manicure użyłam lakieru z Golden Rose, Jolly Jewels. Jest to bezbarwny lakier z dużymi, połyskującymi drobinkami, mieniącymi się na zielono, niebiesko i złoto. Nakłada się dość równomiernie i zdecydowanie wystarczy jedna warstwa. Jednak, trzeba go pokryć dość grubą warstwą top coat'u ponieważ po wyschnięciu tworzy chropowatą powierzchnię. Ma on też jeszcze jedną, dość dziwną cechę - zawija się do góry na brzegach (jakkolwiek dziwnie to brzmi, nie potrafię tego inaczej określić) przez co manicure ma tendencję do odpryskiwania z paznokcia. Jeśli chodzi o zalety, to lakier na pazurkach w świetle dziennym wygląda rewelacyjnie :) Sądzę, że sprawdzi się na każdym kolorze bazowym i doda manicure niesamowitego uroku. Niestety, tak jak opisywany tutaj lakier z tej serii, bardzo trudno się zmywa - te drobinki są bardzo trudne do usunięcia. Mimo wszystko uważam, że jest wart polecenia, bo daje naprawdę bardzo ładny, mieniący się efekt :)

Ja lubię błyskotki, a Wy? Jak Wam się podoba? 

środa, 10 kwietnia 2013

Do wyboru, do koloru

Kolorowe pazurki + recenzja użytych lakierów

Chciałam Wam dzisiaj pokazać mani, który miałam jakiś czas temu i przy okazji napisać kilka słów na temat użytych lakierów. 

Paznokcie pomalowałam aż 6 różnymi lakierami :) Dostałam je (i jeszcze 4) z okazji urodzin i musiałam jak najszybciej i jak najwięcej z nich przetestować! Efekt jest dosyć "oryginalny" i z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu ;)

Na kciuk nałożyłam lawendowy (?) lakier z Miss Sporty (nr 344). Bardzo lubię lakiery z tej serii (Clubbing Colours Quickdry). Mają dość spory zaokrąglony pędzelek, którym wygodnie się maluje - wystarczą dwa pociągnięcia i cały paznokieć pomalowany. Ten lakier jest umiarkowanie gęsty i na upartego można zostawić jedną warstwę - nie pozostawia smug i dobrze kryje. Ja nałożyłam dwie warstwy. Lakier wysycha szybko i nie odgniata się. 

Na palcu wskazującym oraz środkowym znajduje się również lakier z Miss Sporty, kobaltowy (nr 320). Jest bardzo podobny do swojego lawendowego kolegi więc nie będę go dodatkowo opisywać. 

Palec wskazujący pomalowałam dodatkowo lakierem Golden Rose Paris Magic Color (nr 319). To jest przezroczysty lakier z mnóstwem różowo-złotych drobinek brokatowych, które mam wrażenie mienią się też delikatnie na zielono. Jestem tym lakierem oczarowana, bo w zależności od tego na jaki lakier bazowy go nałożymy, uzyskujemy zupełnie inny efekt. Świetnie się sprawdził także na wcześniej opisanym lakierze lawendowym oraz nałożony na brązowy lakier (użyty tutaj). Jest też idealny jako dodatkowy akcent na jednym paznokciu. Wysycha bardzo szybko i nie tworzy chropowatej powierzchni (jak to się czasem zdarza w przypadku lakierów brokatowych). Zmywa się stosunkowo łatwo, ale potrzeba do niego odrobinę więcej cierpliwości ze względu na drobinki.

Serdeczny palec pokryłam lakierem Golden Rose Jolly Jewels (nr 110). Z tej serii dostępnych jest sporo rożnych lakierów z drobinkami. Tutaj mamy wariant - biały lakier z okrągłymi drobinkami czerwonymi i granatowymi. Krycie jest dość słabe więc trzeba nałożyć przynajmniej dwie lub więcej warstw ale efekt jest niesamowity. Dobrze jest go też pokryć grubszą warstwą top coatu, ponieważ ma lekko chropowatą powierzchnię po wyschnięciu. Mnie ten lakier przypadł bardzo do gustu. Niestety posiada jedną wadę - bardzo trudno się go zmywa. Nie pomaga dłuższe przykładanie mocno nasączonego zmywaczem wacika, długo i mocno trzeba ten lakier ścierać i zdrapywać. Ale taka jest niestety wada większości lakierów tego typu.

Na mały palec nałożyłam lakier Wibo Gel Like w kolorze Blue Lake (od blogerki Gosi). Kolor jest niesamowity więc autorce należą się gratulacje!, ale niestety to chyba wszystko (to już raczej wina producenta). Efekt żelowych paznokci - czy ja wiem? Jest trochę bardziej błyszczący, ale poza tym nie widzę różnicy - możliwe, że się nie znam :P Jest dosyć gęsty, przy nakładaniu tworzą się smugi i tak naprawdę dopiero trzecia warstwa wygląda ładnie przez co naprawdę długo schnie i nawet po dłuższej chwili jest podatny na odgniatanie. Ponadto nie jest zbyt trwały - u mnie odpryskuje po niecałych dwóch dniach. A właściwie nie odpryskuje tylko odchodzi w jednym kawałku. Ale kolor jest naprawdę świetny (użyłam go również przy tym manicure) więc nie żałuję :)

Ostatnim użytym lakierem był top coat z Golden Rose Quick Dry Maxi Brush z filtrem UV. Ma on przyspieszać wysychanie lakieru, a filtr UV ma chronić przed blaknięciem i żółknięciem manicure. Producent zaleca żeby odczekać minutę po nałożeniu bazowego lakieru. Myślę, że można się wstrzymać jeszcze dłużej ponieważ zachowuje się on tak jakby rozpuszczał lakier - na pędzelku zostaje odrobinę koloru jeśli lakier bazowy jeszcze nie wysechł. Sam schnie błyskawicznie i mam wrażenie, że faktycznie przyspiesza utwardzanie całego manicure. Co do działania filtra UV trudno mi coś powiedzieć - chyba nie zauważyłam szczególnej różnicy. Pędzelek jest szeroki i bardzo wygodny. Niestety po użyciu tego top coat'u zostają smugi - pod światło widać taką jakby fakturę utworzoną pędzelkiem. Więc jeśli chcemy uzyskać efekt błyszczących, gładkich paznokci trzeba nałożyć na niego warstwę jakiegoś nabłyszczacza.

lakiery w kolejności opisywania :)


To wszystko na dziś - mam nadzieję, że informacje okażą się przydatne :) 
A co sądzicie o takim misz-maszu na paznokciach?

wtorek, 9 kwietnia 2013

Pierwsza recenzja ...

Eveline odżywka do paznokci: diamentowa + 8 w 1 

zdjęcie "8 w 1", bo pusta buteleczka
"diamentowej" już w koszu na śmieci
Witajcie :)
Postanowiłam, że od czasu do czasu będę dla Was przygotowywać recenzje produktów, które uważam za godne polecenia oraz takich, których kupna raczej bym odradzała.
Zacznę od opinii na temat kosmetycznego hitu ostatnich kilku miesięcy, o którym już chyba każdy słyszał, ale być może znajdzie się ktoś, kto zastanawia się nad jego nabyciem i używaniem oraz szuka porady. Chodzi oczywiście o odżywkę do paznokci Eveline Nail Therapy. 

Będzie troszkę dużo czytania, ale chcę napisać o wszystkim i dokładnie - pod koniec skrócona recenzja dla leniuszków ;)

Używałam odżywki diamentowej (dostępnych jest kilka wersji, ale z tego co udało mi się wyszukać w sieci, nie różnią się one składem, więc na logikę - działaniem też nie powinny) codziennie przez 10 dni w sposób wskazany przez producenta - cztery dni pod rząd kolejna warstwa, zmywamy i od nowa. Później jeszcze przez około 2 tygodnie używałam jej jako bazy pod lakier.
Zastanawiacie się pewnie dlaczego przestałam. Otóż, znalazłam się w niezbyt licznym gronie "szczęśliwców" - alergików. Niestety, formaldehyd który znajduje się w składzie tej odżywki (ale także wielu innych produktów; w różnych stężeniach) może powodować reakcję alergiczną i tak też stało się w moim przypadku. Pojawiło się u mnie coś, co ma swoją nazwę, której nie mogę zapamiętać i jest podobno jakąś chorobą. Wygląda to tak, że paznokieć odrywa się od skóry, samoistnie się podważa, tak jakby odkleja od skóry po bokach. Nie posiadam zdjęć swoich paznokci z tego okresu, dlatego pokażę Wam rekonstrukcję ;)



Nie wygląda to zbyt estetycznie. Pojawiło się to u mnie już po kilku dniach stosowania na kilku palcach, ale na początku nie skojarzyłam, że może być to wynik używania odżywki. Zaniepokoiłam się dopiero, kiedy pomalowałam jeden z paznokci 3 warstwami na raz (z jednego paznokcia odprysnęła mi część odżywki i chciałam wyrównać do pozostałych). Po jakichś 5 minutach zaczął mnie boleć opuszek palca i skóra pod paznokciem - uczucie opisałabym jako rwanie i pulsowanie, coś podobnego do tego, gdy bardzo zmarzną nam dłonie. Niestety zmycie odżywki z paznokcia nie pomogło. Od razu pomyślałam, że coś jest nie tak, zaczęłam przeszukiwać internet i znalazłam właśnie tę informację - reakcja alergiczna. 
Używałam jeszcze odżywki przez jakiś czas, pamiętając żeby nie nakładać więcej niż jedną warstwę na raz. Znowu pewnie zastanawiacie się "dlaczego? - przecież uczuliła". No i właśnie, pojawia się ta lepsza strona medalu - odżywka naprawdę działa! Paznokcie są dużo twardsze, nie łamią się, nie rozdwajają i wreszcie można je zapuścić. Efekt, który można było oglądać na blogu - moje długie pazury - zawdzięczam tej odżywce. Do tej pory zapuszczanie paznokci było dla mnie bardzo trudne - były po prostu cieniutkie i łamliwe.
W tej chwili na moich paznokciach widoczna jest wyraźna granica końca kuracji - odrastający paznokieć jest jakby o warstwę cieńszy. Prawdopodobnie, jak pozbędę się utwardzonej odżywką części, paznokcie wrócą do swojej naturalnej skłonności do łamania i rozdwajania. 
Wracając do efektu "odklejania się" paznokcia: u mnie, po odstawieniu odżywki paznokcie wróciły do normy - w miarę odrastania, paznokieć przyrastał stopniowo na swoje miejsce. Co więcej, odżywki używa również moja mama - zużyła całe opakowanie "diamentowej", w tej chwili używa "8 w 1" - reakcji alergicznej brak. Wiem, że stosuje ją kilka moich znajomych i również są zadowolone.

Podsumowując:

+ plusy:
  • niska cena (ok. 10 zł)
  • efekt utwardzenia płytki (sama odżywka na paznokciu tworzy grubą warstwę ochronną, a po ok. tygodniu stosowania można zauważyć wyraźną różnicę w grubości płytki) 
  • zwalczenie problemu łamania się i rozdwajania paznokci
  • używanie odżywki pomaga przy zapuszczaniu paznokci
  • odżywka ma mleczny kolor i można ją stosować np. jako wykończenie frencha
- minusy:
  • możliwa reakcja alergiczna
  • upierdliwe stosowanie i konieczność odstawienia na czas kuracji kolorowych lakierów (dotyczy chyba wszystkich tego typu odżywek)

Jak by nie było - więcej plusów niż minusów.
Mnie się nie poszczęściło i musiałam zrezygnować z używania odżywki ze względu na reakcję alergiczną. Jeśli chodzi jednak o obiecany przez producenta efekt - potwierdzam, że działa. 

Moja rada: jeśli zastanawiasz się, czy kupić tę odżywkę, a nie szkoda Ci ok. 10 zł - spróbuj. W tej chwili odżywka dostępna jest w promocyjnej cenie (jeśli dobrze pamiętam 8 zł) w Biedronce.
Na początku stosuj ostrożnie i obserwuj reakcję paznokci - jeśli zauważysz coś niepokojącego odstaw odżywkę i podaruj ją komuś, kto również chciałby ją przetestować. Jeżeli nic złego nie będzie się działo ciesz się świetnym efektem twardych, odpornych na złamanie, nierozdwajających się i rosnących, rosnących, rosnących paznokci :)